GW

Nie chcemy już miasta zarządzanego jak firma. Chcemy dialogu z władzą

Rozmawiał Przemysław Witkowski, Tygodnik Wrocław
09.01.2015 18:00
z17225762Q,-Planning-for-Real---Chodzi-o-to--by-mieszkancy--a
Cały tekst

http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,17227683,Nie_chcemy_juz_miasta_zarzadzanego_jak_firma__Chcemy.html#ixzz3iUMipXT2

Największe zwycięskie projekty w budżecie obywatelskim dotyczą takich części Wrocławia jak Wielka Wyspa, Krzyki, Grabiszynek czy Oporów. Czyli rejonów od pokoleń zdominowanych przez inteligencję i klasę średnią. To często ludzie o silnym poczuciu tożsamości lokalnej. Tworzą projekt, mobilizują się, wygrywają. A na blokowiskach? Cisza.

Przemysław Witkowski: Co pan sądzi o coraz wyraźniej pojawiających się w Polsce ruchach miejskich? Jak może wpłynąć to na zarządzanie miastami?

Łukasz Medeksza*: – Ruchy miejskie i ich propozycje, w tym idea partycypacji, odegrały ważną rolę w ostatniej kampanii samorządowej. Kandydaci bliscy tym środowiskom wygrali wybory prezydenckie w Poznaniu i Gorzowie Wielkopolskim, wprowadzili znaczącą reprezentację m.in. do rady dzielnicy Warszawa-Śródmieście. Również wynik wyborów prezydenckich w Słupsku jest interpretowany jako po części sukces ruchów miejskich.W polskich miastach powoli zmienia się paradygmat zarządzania. Dotychczasowy – zwany przez teoretyków New Public Management (NPM) – ustępuje nowemu, określanemu mianem Governance. Na czym polega ta zmiana? New Public Management zachęcał, by miasto traktować jak firmę, którą ma sprawnie i wydajnie zarządzać jej menedżer – w tym wypadku prezydent, burmistrz czy wójt. W modelu Governance liczy się coś całkiem innego: ciągły dialog z interesariuszami. Interakcja. Konsultacje społeczne, które nie są uruchamiane tylko wtedy, gdy nakazuje prawo, ale trwają w zasadzie cały czas i dotyczą wszelkich możliwych dziedzin życia miasta. Oczywiście punktem dojścia dialogu jest decyzja i wykonanie. To się nie zmienia. Jednak władza przestaje jedynie zarządzać, nakazywać. Zaczyna pytać. Taka postawa jest zresztą w interesie władzy: warto wiedzieć, co się dzieje i co myślą mieszkańcy.

Jak wygląda ta zmiana we Wrocławiu?

– Także u nas widać symptomy przechodzenia z modelu NPM do Governance. Przykładem jest zapowiedź dokonania korekty w sposobie zarządzania miastem ogłoszona przez Rafała Dutkiewicza między pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich. „Trzeba dużo rozmawiać z mieszkańcami” – zadeklarował wówczas prezydent Wrocławia. Warto wesprzeć ten proces wdrażania modelu Governance w naszym mieście.

Myśli pan, że rzeczywiście władze Wrocławia będą realizować te szersze konsultacje społeczne?

– W grudniu uzgodniliśmy wstępnie z przedstawicielami departamentu prezydenta, że jako Towarzystwo Urbanistów Polskich jesteśmy gotowi poprowadzić w kilku różnych miejscach we Wrocławiu warsztaty w brytyjskiej metodzie „Planning for Real” (PfR). W projekcie chcą wziąć udział także inne lokalne organizacje pozarządowe, w tym te związane ze środowiskiem ruchów miejskich. Rozmawiamy jeszcze o szczegółach. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, jesteśmy w stanie ruszyć już pod koniec stycznia 2015 r. Kierujemy je do wszystkich zainteresowanych mieszkańców. Będą otwarte i mają wpisywać się w tok przygotowań do nowej edycji Wrocławskiego Budżetu Obywatelskiego (WBO). Traktuję to jako kolejny sygnał, że coś się zmienia.

Na czym PfR polega?

– Warsztaty PfR przywędrowały do nas niedawno z Wielkiej Brytanii. Ogólnopolski pilotaż projektu przeprowadziliśmy w grudniu na Dolnym Śląsku – w Lewinie Kłodzkim. Głównym elementem warsztatów jest praca z makietą terenu, którego dotyczą. Na styropianowym podkładzie umieszczamy mapę, kolorujemy poszczególne elementy przestrzeni (drogi, rzeki, tereny zielone), a następnie naklejamy kartonowe modele zabudowań i drzewa z wykałaczek i bibuły. Wygląda to efektownie – zresztą wskazane jest, by mieszkańcy (a zwłaszcza dzieci) włączyli się już na etapie robienia makiety. Gdy jest gotowa, uczestnicy warsztatów wskazują przy użyciu kolorowych karteczek, co i gdzie należy zmienić w przestrzeni. Np. gdzie jest niebezpiecznie, gdzie przydałoby się przejście dla pieszych, świetlica czy dom kultury.I co dalej?

– Te wszystkie karteczki porządkujemy później z mieszkańcami. Razem z nimi ustalamy, co powinno być zrobione w pierwszej kolejności, wyłapujemy tematy konfliktowe i omawiamy je. Układamy propozycje w formie harmonogramu działań. We współpracy z ekspertami i przedstawicielami władz wskazujemy podmioty odpowiedzialne za realizację poszczególnych przedsięwzięć. Metoda angażuje wszystkich interesariuszy: zwykłych mieszkańców, lokalnych liderów, miejscowy samorząd. Łączy spojrzenie oddolne z odgórnym.

Interesuje mnie demokratyczność tej procedury. Na ile jest rzeczywiście oparta na potrzebach społecznych?

– Jest otwarta dla wszystkich mieszkańców, łącznie z dziećmi. W Lewinie Kłodzkim dzieci nie tylko robiły makietę, ale również uczestniczyły w wymyślaniu przestrzeni na nowo. Nie jest tak, że przychodzi jakiś reprezentant władz czy wyjątkowo wpływowy w tej okolicy interesariusz i ma większą siłę głosu. Ludzie rozmawiają, patrząc na makietę, a nie na siebie nawzajem, co ma ich ośmielić do mówienia i znosi część barier komunikacyjnych. Pozwala uniknąć sytuacji, gdy rozmowę zdominuje ktoś, kto ma większy tzw. kapitał kulturowy.

Jaką klasę społeczną przyciągają takie warsztaty? Często aby nie tylko klasę średnią, która ma wysoki kapitał kulturowy, więcej czasu wolnego?

– Metoda zaleca dotarcie do możliwie różnych środowisk. Makieta jest lekka, przenośna, co oznacza, że nie musimy robić spotkań w jednym miejscu, każąc ludziom przychodzić. To raczej my powinniśmy iść za ludźmi. Zamiast robić spotkania specjalnie dedykowane warsztatowi, lepiej pójść tam, gdzie spotykają się mieszkańcy – pod sklep, pod kościół, do szkoły, na lokalny festyn. Doklejać się do wydarzeń, a nie tworzyć własne. Wtedy można nie tylko liczyć na większą frekwencję, ale i na bardziej spluralizowaną grupę uczestników. Metoda została tak pomyślana, żeby usłyszeć głos ludzi, który są słabo słyszalni, bo mają niskie kompetencje do działań w sferze publicznej.

W Wielkiej Brytanii takim przypadkiem są niektóre słabo mówiące po angielsku społeczności imigranckie. Dajesz im makietę, jakieś proste hasła na kartkach i udrażniasz komunikację. Metoda daje więc szansę dotarcia do bardzo szerokiej grupy mieszkańców.

Jakie mogą być długofalowe skutki waszych działań?

– Przy użyciu metody PfR chcemy przede wszystkim zbadać potencjał obywatelski na wybranych osiedlach. A przy okazji wypracować z lokalnymi liderami coś w rodzaju małych lokalnych strategii działania – dla osiedla czy kwartału. Czyli zorganizować ten oddolny potencjał i nadać mu przemyślany wymiar. Konkretnym efektem powinny być pakiety projektów składanych do budżetu obywatelskiego nie tylko w tym jednym roku, ale przez kilka lat.

Już w ostatnim budżecie obywatelskim sukcesy w głosowaniach odniosły projekty, których liderzy prowadzili je w przemyślany sposób, tworząc wokół nich całe koalicje. To już jest jakiś obywatelski know-how, który warto wykorzystywać i rozwijać.

Czy pana zdaniem społeczność Wrocławia jest gotowa, żeby zabrać skuteczny głos w nowych mechanizmach samorządowych?

– Z jednej strony – bardzo niska frekwencja w wyborach osiedlowych każe przypuszczać, że lokalne środowiska są słabe. Nie mamy też doświadczeń w przeprowadzaniu referendów lokalnych. Z drugiej strony – jest sporo ciekawych grup i oddolnych działań, choćby na Nadodrzu, które od kilku lat funkcjonuje jako laboratorium przedsięwzięć prowadzonych w modelu Governance. Na projekty w WBO2014 głosowało prawie 160 tys. mieszkańców. To wynik o niemal 20 tys. głosów wyższy niż wyborczy rezultat prezydenta miasta w wyborach w 2010 r. Jest to więc jakaś siła.

Rady osiedla to organ władzy, który jest teoretycznie najbliższy obywatelom. Czy zwiększenie kompetencji i budżetu, mogłoby sprawić, że stałyby się laboratorium demokracji? Może warto rozwijać już istniejące instytucje, zamiast tworzyć nowe mechanizmy?

– Warsztaty PfR mogą być pierwszym krokiem, by zrealizować koncepcję, której rok temu nadaliśmy roboczą nazwę „Miasteczka w mieście”. Zaproponowaliśmy wówczas urzędowi miejskiemu, by przy okazji badania potencjału oddolnego w wybranych miejscach zastanowić się nad jego dwoma ważnymi kontekstami.

Pierwszy ma charakter przestrzenny. Sprowadza się głównie do poszukiwania miejsc, które mają potencjał sprzyjający aktywizacji, na przykład lokalnych ryneczków. Jest taka przestrzeń na Karłowicach, nie ma jej na Biskupinie. Ale czy ryneczek Karłowic sprzyja współdziałaniu mieszkańców? I czy Biskupinowi przydałaby się taka przestrzeń – a jeśli tak, to w którym miejscu? Jak miałaby wyglądać i działać? Kto miałby nią zarządzać? Drugi kontekst to pytanie o relacje między aktywizmem oddolnym a radami osiedli.

I do jakich doszliście wniosków?

– Kiedy ruchy miejskie kilka lat temu zaczęły głosić ewangelię partycypacji, na niektóre spotkania wpadali doświadczeni działacze osiedlowi. Przekonywali, że już dawno temu próbowali stosować ten model. Zresztą rady osiedlowe we Wrocławiu wywodzą się z oddolnych komitetów obywatelskich działających tuż po przełomie 1989 roku.

W efekcie obserwujemy obecnie zderzenie dwóch modeli oddolnej aktywności lokalnej. Pierwszy, ten starszy, osiedlowy, ma charakter instytucjonalny. Rady są instytucjami formalnie uczestniczącymi w niektórych procedurach zarządzania miastem. Drugi model, ten nowszy, opiera się na partycypacyjnym aktywizmie. Jego sposobem istnienia są projekty lansowane i realizowane przez mniej lub bardziej luźne środowiska i NGO-sy.

Dostrzegam tendencję – zarówno odgórną, jak i oddolną – by zastąpić stary model nowym. A więc instytucje doraźnym aktywizmem. Wydaje mi się to niewskazane. Ewentualna likwidacja rad i zastąpienie ich systemem finansowania oddolnych projektów może znacząco osłabić oddolność, odbierając jej formalne, instytucjonalne narzędzia wpływu, i uzależnić od władz miasta. To byłby system klientelistyczny, a nie Governance.

Czyli może jednak warto wzmocnić rady?

– To nie jest takie oczywiste. Może rację ma Tomek Stefanicki z Rady Osiedla Oporów, gdy powtarza, że taka rada to nie jest organ władzy, a ciało, które ma przede wszystkim dyskutować i doradzać? Skoro tak, to może należałoby wyznaczyć jej rolę koordynatora i promotora oddolnych projektów proponowanych przez lokalne NGO-sy? A może jednak należy dać jej większe kompetencje – ale zostawiając finanse w gestii urzędu miasta, wprowadzając jedynie nowy model podziału środków między osiedlami, oparty np. o model dotacji, na wzór Unii Europejskiej? To są luźne myśli. Wstępne pytania, które dopiero należy zadać i omówić.

Co do ostatniej kwestii, czy nie będzie wtedy tak, że niektóre osiedla będą przyciągać więcej pieniędzy? Te mniej sprawne, zamieszkane przez ludzi o niższym kapitale kulturowym mogą na tym tracić? Czy nie szkodziłoby to zrównoważonemu rozwojowi miasta? Nie zwiększy rozwarstwienia i wykluczenia społecznego?

– Coś w tym jest. Największe zwycięskie projekty lokalne w WBO2014 dotyczą takich części Wrocławia jak Wielka Wyspa, Krzyki, Grabiszynek czy Oporów. Czyli rejonów od pokoleń zdominowanych przez inteligencję i klasę średnią. To często ludzie o silnym poczuciu tożsamości lokalnej. Tworzą projekt, mobilizują się, wygrywają. A na blokowiskach? Cisza. Widać różnice w zaangażowaniu. Może rzeczywiście wynika to z różnicy w kompetencjach kulturowych, kapitale społecznym, umiejętnościach poruszania się w sferze publicznej i administracyjnej?

Nie niepokoi to pana?

– Trzymając się sformułowania „miasteczka w mieście”, można zapytać, czy blokowisko w ogóle może stać się takim miasteczkiem. Bliski jest mi model miasta policentrycznego, miasta wielu ośrodków i lokalnych ryneczków, ale zdaję sobie sprawę z ryzyka, jakie jest z nim związane: oto w morzu ubożejących bloków będą sobie rozkwitać dumne z siebie wyspy oddalonych od centrum miasteczek ogrodów zamieszkanych przez bogacącą się, samorządną klasę średnią.

Wraca więc pytanie o przyszły ustrój osiedlowy i jego finansowe fundamenty. Uważam, że wypracowanie nowej koncepcji zarządzania tymi naszymi wrocławskimi miasteczkami może być głównym, dalekosiężnym celem warsztatów PfR.

* Łukasz Medeksza – ur. 1973. Wiceprezes wrocławskiego oddziału Towarzystwa Urbanistów Polskich.

Have a question ?
Contact us via e-mail and we will get to you as soon as possible.